Jak Pan Zbigniew Wojtan miał zostać kosmonautą

Jak w większości fascynacji, tak i w przypadku Pana Zbigniewa, zaczęło się prozaicznie. Dziwnym trafem nad domem rodziców, w którym wychowywał się mały Zbysio, przebiegała trasa lotnicza samolotów. Pojawiały się one na niebie co jakiś czas. Na tyle często jednak by zwrócić uwagę małego chłopca. Pamiętać musimy, że były to czasy, kiedy latanie samolotami nie było tak powszechne, jak dziś. Tym bardziej fakt ten wpłynął na późniejszą decyzję naszego bohatera-" Ja też będę latał!". Trudno dziś (po latach) jednoznacznie stwierdzić co o tym wszystkim myślał wtedy mały chłopiec urzeczony poruszającymi się z wielką prędkością maszynami. Prawdopodobnie była to chęć "ujarzmienia" jednej z nich, poznania budowy i sposobu przemieszczania się w przestworzach, aż wreszcie doczekania tego momentu w życiu, by samemu zasiąść za jej sterami i móc oderwać się od ziemi.

Ale był jeszcze jeden powód tej fascynacji. O wiele bliższy niż samoloty na niebie, prawie na wyciągnięcie ręki. Otóż w rodzinie pana Zbigniewa był już jeden pilot. I to właśnie zadziałało najbardziej na wyobraźnię chłopca. Te niezliczone opowieści, rozmowy i konkretne informacje jak najbardziej żywe, obrazowe, pochodzące z ust wytrawnego pilota. Jak się jednak później okazało, ta druga okoliczność mogła w dużej mierze przekreślić szansę na ziszczenie się marzeń z dzieciństwa. Tragiczny wypadek pilota-członka rodziny pana Zbigniewa w trakcie oblatywania jednego z nowych typów samolotu, stał się poważnym argumentem rodziców przeciwko pomysłom syna na temat latania. Ale pewnego procesu nie dało się już zatrzymać. Ziarenko padło na podatny grunt i czekało na możliwość wykiełkowania. Prędzej czy później.

Z biegiem czasu fascynacja przerodziła się w pasję, a pasja w konkretne zainteresowania. Pierwszy kontakt pana Zbigniewa z lotnictwem praktycznym miał miejsce w Toruniu. Tam w roku 1960 rozpoczął naukę w Technikum Mechaniczno -Elektrycznym. I tu kolejny szczęśliwy traf. Tuż za lasem okalającym budynek szkoły znajdowało się... lotnisko. Często wagary kończyły się na tym właśnie lotnisku, przy którym nota bene działał Aeroklub Pomorski skupiający miłośników szybownictwa i skoków spadochronowych. Tam też swe pierwsze szlify lotnicze zdobywał przyszły major lotnictwa wojskowego. To właśnie w Toruniu wyszła na jaw sprawa kontynuacji wcześniejszych zainteresowań syna państwa Wojtan. Podczas odbywających się zawodów spiker zapowiedział szybowcowy pokaz akrobatyczny Zbigniewa Wojtana. Wśród licznie zgromadzonej publiczności byli też rodzice Zbyszka, którzy w taki oto dość niecodzienny sposób dowiedzieli się, że ich syn postawił jednak na swoim. Podobnych "wpadek" było jeszcze kilka, ponieważ o tych zainteresowaniach nie wiedział również sam dyrektor technikum.

W czasie wykonywania skoków spadochronowych pilot niefortunnie zrzucił młodych skoczków tuż nad boiskiem szkolnym, na którym akurat rozgrywany był mecz. Po wylądowaniu na boisku, okazało się ku wielkiemu zaskoczeniu dyrektora, że jego uczeń pobiera naukę w zupełnie innym miejscu i to akurat w czasie planowanych lekcji. W trakcie nauki, a właściwie w jej przerwach pan Zbigniew brał udział w obozach szkoleniowych, tzw. LPW (lotnicze przysposobienie wojskowe-przyp. autora) organizowanych i nadzorowanych przez wojsko w ramach pozyskiwania kadr. Każdy obóz, a było ich kilka w tym samym czasie, liczył po około 60-ciu uczestników. Z tego, po spełnieniu odpowiednich warunków (szczególnie medycznych), do szkół oficerskich (a były wtedy dwie w kraju: w Radomiu i Dęblinie) dostawała się tylko nieliczna grupa odpowiednich kandydatów. Jednym z nich był Zbigniew Wojtan, który rozpoczął swoją edukację w dęblińskiej Oficerskiej Szkole Lotniczej w 1963 roku. Mogło jednak do tego nie dojść ze względu na niebezpieczną sytuację, która miała miejsce podczas jednego z obozów treningowych w Fordonie koło Bydgoszczy. Tam również odbywały się zawody prowadzone dwutorowo ze względu na ukształtowanie powierzchni tamtejszego lotniska. Składało się ono z tzw. lotniska dolnego i górnego.

Po zakończeniu zawodów obowiązkowo trzeba było zabezpieczyć sprzęt, pozbierać wszelkiego rodzaju przedmioty i odstawić maszyny do hangarów. Ładując taki właśnie drobny sprzęt do kabiny pasażerskiej dwupłatowca, pan Zbigniew zaskoczony został tym, iż samolot wystartował w momencie, kiedy on sam nie był jeszcze przygotowany do lotu. Siła odśrodkowa wyrzuciła go z kabiny i w ostatniej chwili złapał się górnego płatu. Szczęśliwym trafem po paru dość dramatycznych dla niego minutach znalazł się z powrotem w kabinie i cało dotarł do miejsca przeznaczenia. I tak oto przez roztargnienie kolegi tragicznie zakończyć się mogła kariera niedoszłego jeszcze wtedy pilota wojskowego. Po trzyletniej edukacji, zarówno teoretycznej jak i praktycznej Zbigniew Wojtan ukończył szkołę w Dęblinie w stopniu podporucznika pilota z 3-cią klasą pilota. Są to uprawnienia do lotów w dzień zwykły, dzień trudny i noc zwykłą. Wtedy to również otrzymał przydział do jednostki w Łasku koło Łodzi, gdzie dokończył szkolenie zdobywając najpierw II-gą klasę pilota w 1967 roku i wreszcie I - szą klasę w roku 1968. Szkolenie w tego typu jednostkach bojowych polegało przede wszystkim na wykonywaniu coraz trudniejszych zadań w różnych warunkach atmosferycznych i na różnych wysokościach. Wiązało się to także z przeszkalaniem na typy samolotów najnowszej generacji poprzez LIM1,LIM2,LIM5,aż do samolotów naddźwiękowych MIG21,PF i BIS. Był to sprzęt trudny pilotażowo i niestety dość zawodny. Wtedy to właśnie Zbigniew Wojtan dokonał dość istotnego odkrycia, które na ówczesne czasy (wszechobecna dominacja sprzętowa ZSRR) było precedensem w tej dziedzinie. Podczas jednych z licznej serii zajęć (już jako instruktor - uprawnienia instruktorskie zdobył w 1969r.) z zakresu użytkowania katapulty, zauważył dość osobliwe zjawisko. Używano wtedy wersji katapulty, którą pilot sterował przy pomocy dwóch wciskanych przez niego uchwytów.

Jednym ze sposobów katapultowania było wystrzeliwanie się pilota razem z kabiną, szczególnie przy dużych prędkościach w stratosferze, aby nie uszkodzić ciała pilota. Podczas ćwiczeń dla celów demonstracyjnych można było takie katapultowanie przeprowadzić na specjalnym żurawiu. Po wnikliwszym przeanalizowaniu całej konstrukcji kabiny (szczególnie po jej zamknięciu na wspomniane wcześniej uchwyty) pan Zbigniew doszedł do wniosku, że nie ma tam miejsca dla pilota. Żeby rozwiać wątpliwości poprosił jednego z mniejszych wzrostem słuchaczy o przetestowanie urządzenia i okazało się, że faktycznie miejsca jest za mało. Wniosek nasuwał się jeden - przy katapultowaniu urządzenie zabiłoby pilota. Fakt ten został zgłoszony (wywołał zresztą bardzo duże zamieszanie w ówczesnym środowisku lotniczym) co w konsekwencji doprowadziło do wyeliminowania tego typu awaryjnego opuszczenia samolotu przez pilota. Nie była to jedyna zawodność samolotów MIG21.W pewnych modelach podczas lotów wykonywanych w stratosferze (strefa zaczynająca się powyżej 12.000 metrów-przyp. autora) dochodziło do zatrzymania pracy silników, popularnie mówiąc do ich wygaśnięcia. Zdarzało się to przy nieumiejętnym pilotażu i manewrowaniu samolotem. Ponowne „zapalenie" silników czyli pobudzenie ich do pracy wymagało dużych umiejętności, szybkiego reagowania w sytuacji zagrożenia, trafności podejmowanych decyzji. Takimi właśnie cechami musi wykazywać się wytrawny pilot. Paradoksalnie, to właśnie ta wysoka awaryjność przyczyniała się niejednokrotnie do wyselekcjonowania pilotów wybitnych o doskonałych cechach psycho - motorycznych, a co za tym idzie, do wyeliminowania tzw. „słabeuszy".

Oprócz wyżej wymienionych cech, którymi powinien wyróżniać się dobry pilot pan Zbigniew wymienia jeszcze: koordynację, zdolność do zachowania spokoju, a także pewną dozę fantazji i finezji, a przede wszystkim koleżeńskość i odpowiedzialność za partnera. Ta przysłowiowa koleżeńskość wśród pilotów poniekąd przyczyniła się do powszechnego twierdzenia, iż wojska lotnicze są elitą każdej armii. Dzięki posiadaniu takich przymiotów Zbigniew Wojtan był zawsze wysoko oceniany wśród kolegów i dzięki nim może szczycić się wyróżnieniami i tytułami, które posiadają nieliczni. Z najważniejszych należałoby wspomnieć o tytule „Mistrza Walki" za zajęcie II-go m.- ca w zawodach użyteczno - bojowych Wojsk Obrony Powietrznej Kraju we wrześniu 1979 roku (takim tytułem może poszczycić się zaledwie 12-stu pilotów w kraju), statuetką Ikara za „nalatanie" 1000 godzin na samolotach naddźwiękowych (choć było ich znacznie więcej). W 1983 roku wybrany został Pilotem Roku w Polsce. To dzięki takim wybitnym osiągnięciom i bardzo dobrym warunkom zdrowotnym miał możliwość uczestniczenia w przygotowaniach do lotu w kosmos. Z szansy tej niestety nie skorzystał. Rozpoczęły się poszukiwania kandydatów do lotu w kosmos. Informacja ta nie była oczywiście jawną informacją. Dziś, po latach możemy mówić o tym swobodnie, ale w tamtych czasach nawet rozkazy nie stanowiły jasno o co dokładnie chodzi. Pan Zbigniew służył wtedy w jednostce bojowej w Zegrzu Pomorskim, do którego został przeniesiony w 1971 roku. Pewnego dnia otrzymał rozkaz od swojego dowódcy do natychmiastowego stawienia się w Słupsku przed „jakąś" grupą generałów w „jakiejś" sprawie. W międzyczasie służby kontrwywiadu, sobie tylko znanymi kanałami, dowiedziały się o werbowaniu kandydatów na kosmonautów. Cała rozmowa ze wspomnianym konsylium generałów przebiegała w aurze tajemniczości i niejasności tematu. Poirytowany takim przebiegiem spotkania pan Zbigniew poprosił o konkretne nakreślenie celu spotkania. Jak sam wspomina :"komisja z wielkim bólem wyjaśniła mi, że chodzi o znalezienie odpowiedniego kandydata do odbycia lotu w przestrzeń kosmiczną". Rzeczywiście jego nazwisko figurowało na liście wytypowanych pilotów przez Instytut Medycyny lotniczej i to na pozycji nr 1.Cała lista składała się z kilkunastu kandydatów wstępnie wyselekcjonowanych, których zadaniem było przejść pomyślnie skomplikowane badania i testy. Celem tych zabiegów miała być jeszcze jedna selekcja, tym razem chodziło o wybranie ścisłego grona kandydatów, a w konsekwencji tego jednego oraz jego zastępcy w razie jakichś nieprzewidzianych okoliczności w czasie startu. Byli to ludzie z odpowiednimi predyspozycjami, umiejętnościami, nienaganną postawą. Na tej liście figurowało również nazwisko Mirosława Hermaszewskiego.

Kiedy Zbigniew Wojtan poznał już prawdziwy powód jego wezwania do Słupska, zadał tylko jedno jedyne pytanie: „Ile mam czasu do namysłu?". Odpowiedź była krótka-30 minut. Nie czekając nawet na upłynięcie ustalonego czasu do zastanowienia, powiedział stanowczo: NIE. Decyzja ta, wbrew pozorom, była dobrze przemyślana i miała swoje konkretne powody. Nawet teraz, po wielu latach pan Zbigniew wierzy w słuszność swojej decyzji i gdyby miał okazję podejmować ją jeszcze raz, odpowiedź byłaby ta sama. Nie znaczy to, że nie chciał tego dokonać. Każdy rozsądnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę czym dla tak wielkiego fascynata latania była ta szansa. Przecież nawet dziś w czasach nam współczesnych możliwość wyruszenia choćby na krótki podbój przestrzeni kosmicznej nie jest czymś powszechnym. Może za kilkanaście lub dopiero za kilkadziesiąt lat, loty w kosmos staną się oczywiste tak, jak dziś oczywistym jest latanie samolotem pasażerskim, pływanie statkami czy chociażby jazda samochodem. Tym większa była to pokusa w owych czasach ale pokusie tej pan Zbigniew przeciwstawił się z konkretnych powodów. Pierwszym z nich była świadomość utraty życia prywatnego. Stanie się osobą publiczną (a taka jest przecież normalna kolej rzeczy, kiedy człowiek podejmuje się tak znaczących wyzwań) oprócz chwały i splendoru czyli blasków, niesie za sobą tę mniej przyjemną stronę, czyli cienie. jeżeli nie do końca życia, to przynajmniej przez wiele następnych lat trzeba kogoś lub coś reprezentować, być autorytetem w wielu dziedzinach itd. Taka właśnie perspektywa bycia osobą publiczną w zupełności nie odpowiadała panu Zbigniewowi. Kolejnym powodem odmowy była strona organizacyjna, a dokładniej mówiąc to, kto za tym stoi. Chodziło oczywiście o pomysłodawców całego projektu czyli Rosjan. "Raził mnie zawsze ich system działania i bałaganiarstwo"- wyznaje pan Zbigniew, który dodaje jednocześnie, że konkretnym osobom nie ma nic do zarzucenia ale sam światopogląd, który został im narzucony z góry, wpojony od dziecka jest nie do przyjęcia. Jeszcze jednym powodem, być może najważniejszym, był fakt narodzin syna pana Zbigniewa. Zdawał sobie sprawę, że gdyby podjął decyzję na tak, przez wiele długich lat byłby tylko gościem we własnym domu.

Na to nie mógł sobie pozwolić, gdyż (jak to podkreślał wielokrotnie w czasie naszej rozmowy) rodzina jest dla niego najważniejsza. Poza tym pan Zbigniew czuł podświadomie, że będzie tylko dublerem Hermaszewskiego, co potwierdziło się później w trakcie przygotowań do lotu ale z inną już osobą w drugoplanowej roli. Decyzja odmowna w tamtejszych czasach wiązała się z poważnymi konsekwencjami, nawet na najwyższych szczeblach. Tak było również w przypadku pana Zbigniewa, który miał, jak to sam określił "...wiele nieprzyjemności z tego powodu". Decyzję w końcu jednak uznano, a na jego miejsce znalazł się inny kandydat. Jak nam później historia pokazała, pierwszym Polakiem w kosmosie był Mirosław Hermaszewski, którego pan Zbigniew ocenia jako najlepszego kandydata wytypowanego w tamtych czasach. Po pierwsze był on inteligentny, elokwentny, potrafiący zachować się w różnych trudnych sytuacjach, a przede wszystkim doskonale znalazł się w roli, którą musiał odegrać w swoim życiu po powrocie z kosmosu. Był jeszcze jeden argument przemawiający za Hermaszewskim, o którym nie wszyscy pewnie wiedzą. Otóż jego brat był generałem w lotnictwie. Na ile to pomogło, pozostanie już tylko chyba przysłowiową tajemnicą poliszynela. Niewielu też wie o pewnym zdarzeniu, które mogło wyeliminować z listy kandydatów na polskiego człowieka przestworzy zarówno Hermaszewskiego, jak i Wojtana. Bodajże w rok przed planowanymi poszukiwaniami odpowiednich kandydatów do lotu w kosmos, doszłoby do czołowego zderzenia się dwójki wspomnianych wcześniej pilotów. Nawet teraz po latach kiedy pan Zbyszek wspomina to zdarzenie, skóra cierpnie mu na plecach. W trakcie ćwiczeń używano różnych kanałów do porozumiewania się między bazą, a samolotami. Lecąc nad lotniskiem pan Zbigniew poprosił o zezwolenie na lądowanie, wykonując przy tym trochę fantazyjnych manewrów na małej wysokości. Spóźniony w tym czasie Hermaszewski nie zdążył przejść na inny kanał i nie wiedział nic o zmianie kierunku startów. W pewnym momencie dwie rozpędzone do ok. 1000 km/h maszyny minęły się tuż nad lotniskiem w odległości 5-ciu,może 10-ciu metrów od siebie. Tylko wyjątkowej sprawności i fachowości w prowadzeniu samolotów mogą zawdzięczać to, że żyją po dzień dzisiejszy. I w tym właśnie miejscu można byłoby zakończyć tę opowieść o człowieku, który nie poleciał w kosmos, ale z prawdziwymi pasjami tak to już jest, że towarzyszą nam do końca życia. Nie inaczej jest w przypadku pana Zbigniewa, który kontakt z lotnictwem ma cały czas.

W 1984 roku zakończył swoją przygodę z wojskiem. W tym samym roku przyjechał do Kołobrzegu, w którym mieszka do dzisiejszego dnia. Jest jednym z aktywniejszych mieszkańców tego grodu nad Parsętą. Od 1987 roku jest kierownikiem Bazy Obsługi Plaży, którego rokrocznie w czasie sezonu spotkać można na plaży wśród ratowników lub podczas licznie organizowanych przez niego imprez nad samym morzem. Od 1998 roku, kiedy to powstał Aeroklub Bałtycki (jest jego prezesem - przyp. autora), z wielkimi trudami i ogromnym poświęceniem walczy o stworzenie lotniska z prawdziwego zdarzenia na byłych poradzieckich terenach w Bagiczu koło Kołobrzegu. Obecnie lotnisko położone jest na terenach dwóch sąsiadujących gmin: Kołobrzeg i Ustronie Morskie. Jak sam podkreśla sprawa tego lotniska jest jest dla niego najważniejsza. Szkoda tylko, że nie znajduje on żadnego zrozumienia u władz wyżej wspomnianych gmin. Wręcz przeciwnie, najchętniej zagospodarowałyby one ten teren np. pod budowę domków jednorodzinnych. Ale to już temat na kolejną, być może, opowieść. Nie dowiedziałem się tylko jednej rzeczy, a mianowicie: czego życzy się pilotom samolotów naddźwiękowych. Być może jednego, by zawsze wracali cali do bazy. Jak życie codzienne pokazuje nie zawsze się to udaje. Niech tekst ten, po części, będzie maleńkim hołdem złożonym wielu serdecznym przyjaciołom pana Zbigniewa, pilotom, którzy nie mieli tego szczęścia aby powrócić do swoich domów.

Dopis: Pan Zbigniew Wojtan zmarł w 2004 lub 2005 roku

autor: Piotr Bartnikowski
fot. Zdzisław Pacholski
Wydawnictwo Spektrum

Zobacz zapis czatu z Jerzym Gotowałą z serwisu gazeta.pl
Zobacz archiwalny artykuł z Wiraży o obchodach 50-lecia jednostki
Zobacz spis Mig-ów 21 latających w jednostce w Zegrzu Pomorskim
Zobacz artykuł o wizycie Jana Pawła II w Zegrzu Pomorskim
Zobacz artykuł o obserwacjach UFO przez pilotów z Zegrza Pomorskiego

mouseover